KropkiNaMapie.pl


Tomasz Nowak 10 sierpnia 2013 Aktualności Relacje

Inle Lake w Birmie: wodne ogrody i tańczący rybacy [cz.1]

Bez wahania mogę powiedzieć, że to jedno z najpiękniejszych miejsc w Birmie (Myanmar), w których byłem.

Otoczone górami jezioro Inle Lake, chociaż coraz bardziej zjadane przez turystykę, to okolica, w której ma się wrażenie, że czas zatrzymał się kilkaset lat temu. I chociaż moja wizyta tam nie zakończyła się niezbyt przyjemnie, i tak uważam, że było warto.

inle_głownaPo Birmie podróżowaliśmy czteroosobową ekipą i w pobliżu Inle Lake spędziliśmy niecałe dwa dni. Zatrzymaliśmy się w małym hoteliku Zawgi Inn w Nyaung Shwe, miejscowości położonej kilka kilometrów od jeziora. Sama miejscowość nie dostarcza zbyt wielu atrakcji ? no może poza pobliskim drewnianym klasztorem buddyjskim z XIX w., używanym zresztą do dziś.

inle_klasztorKiedy podjechaliśmy przed hotelik, kolejny raz w czasie tego wyjazdu poczułem się jakoś dziwnie. Bo nigdzie do tej pory nie spotkałem się z taką gościnnością, jak w Birmie. Przywitała nas cała rodzina, która go prowadzi ? w sumie pewnie z 10 osób, od kilku do kilkudziesięciu lat.

Najmłodsi zaczęli wręcz wyrywać sobie nasze bagaże, żeby zanieść je do naszego domku. Myśląc o tej scenie wciąż mam przed oczami kilkuletniego syna właścicieli, który nie miał siły by ponieść torby więc zabrał mi słomiany kapelusz i zadowolony pobiegł go zanieść. A sam właściciel widząc, że przepakowuję piwo zapytał, czy na pewno jest schłodzone, bo w domkach nie ma lodówek, ale w kuchni mają i jeżeli chcę, to mogę je tam ulokować…

Po krótkim wieczornym zwiedzeniu okolicy, poszliśmy spać bo od rana ruszaliśmy na jezioro.

inle_nainleInle Lake to jezioro o powierzchni ponad 100 kilometrów kwadratowych, głębokości kilku metrów. Położone jest w stanie Shan, ale zamieszkują je różne grupy etniczne. Duża część z nich mieszka w domach zbudowanych na palach wprost na jeziorze. Tak samo zbudowane są zakłady rzemieślnicze, świątynie, szkoły, a pomiędzy różnymi budynkami ludzie przemieszczają się na łódkach. Na jeziorze toczy się niemal całe ich życie.

inle_pranieJednak najbardziej charakterystycznym obrazem jaki kojarzy się z Inle Lake jest widok ‚tańczących’ rybaków. Lokalni mieszkańcy wykształcili bowiem specyficzny sposób wiosłowania. Stojąc na jednym z końców długiej, wąskiej łódki zawijają nogę wokół wiosła i w ten sposób kreślą nim w wodzie coś na kształt ósemek. Pytałem dlaczego nie używają żagli ? odpowiedź była banalnie prosta: ‚bo tu nie wieje’. W charakterystyczny sposób naganiają też ryby do sieci, uderzając wiosłem w wodę.

inle_rybakMy zdecydowaliśmy się jednak na transport bardziej zmotoryzowany. W przystani w Nyaung Shwe bez problemu można wynająć łódkę z silnikiem i sternikiem, który przez cały dzień obwiezie nas po największych atrakcjach jeziora, lub gdzie sobie wymarzymy.

inle_lodziePo wejściu do łódki zaczęliśmy ‚krótki program obowiązkowy’, którego śladem podąża zapewne większość turystów odwiedzających Inle Lake (a na szczęście, jako, że Birma dopiero się otwiera nie ma ich jeszcze aż tak dużo).

Na początek wodne ogrody. Tak jak wspominałem, co najmniej w przypadku części mieszkańców całe życie związane z Inle Lake toczy się na jeziorze. Przez wieki nauczyli się oni nawet uprawiać warzywa. Ogrody są w pewnym sensie zawieszone na palach nad wodą, a pod korzenie jako nawóz ‚wodni rolnicy’ podkładają wyławianą na bieżąco różnego rodzaju wodną roślinność.

inle_ogrodKolejny punkt to położony przy jeziorze targ. W przeciwieństwie do na przykład targów wodnych w Tajlandii, ten wydaje się jednak głównie skierowany nie do turystów a do lokalnych mieszkańców. Kupimy na nim owoce, warzywa, kosze, pamiątki, ryby, robione na miejscu placki, znajdzie się też apteka.

Sprzedawcy nie są zbyt nachalni – chociaż jeden, którego zapytaliśmy o cenę wyglądającego na stary samurajskiego (?) miecza, biegał z nim za nami dobre kilka alejek, cały czas obniżając kwotę. Przez chwilę nawet się zastanawiałem bo ładnie wyglądałby na stojaczku na szafce, ale wizja tłumaczenia się z tego nabytku na lotnisku skutecznie mnie odstraszyła.

inle_targ

inle_aptekaNastępny punkt to fabryka tradycyjnych cygaretek. Na miejscu już typowo turystycznie. Młode panie pokazują jak się skręca cygaretki, a tuż obok można kupić sobie pakiecik. Nie palę, ale spróbować trzeba. Anyżowe nie najgorsze.

inle_cygaretkiPóźniej popłynęliśmy do tkalni. Tu też wszystko było zorganizowane trochę bardziej na pokaz, a wycieczka kończyła się w sklepie. Ale z drugiej strony ciekawie jest zobaczyć jak na kolejnych etapach z włókien w końcu powstaje szal albo spodnie. Zaciekawił mnie też fakt, że jedne z najdroższych nici kobiety uzyskują między innymi z łodyg rosnącego na jeziorze lotosa.

inle_lotos

inle_tkalniaNastępny budynek, który odwiedziliśmy to coś na kształt zakładu jubilerskiego. Tyle, że funkcjonującego na poziomie jak sądzę mniej więcej średniowiecza. Wszystko wykonywane ręcznie ? od wytopienia w piecu np. złota z rudy (o ile tak to się fachowo nazywa) po zrobienie kolczyków, bransoletek, wisiorków. Na końcu sklep.

I tu doszliśmy do jednego z bardziej przykrych punktów wyjazdu. Gdy zobaczyłem, gdzie idziemy zdecydowałem, że zostaję na zewnątrz. W środku siedziały ‚long neck’ ? kobiety i małe dziewczynki z ludu Kayan, które noszą na szyjach złote obręcze. Pierwsze zakłada się im wieku mniej więcej 5 lat, a później dokłada kolejne. Po latach noszenia takich obręczy słabną mięśnie szyi, dochodzi do deformacji, bez metalowych kół nie da się funkcjonować.

Obręcze to jednak forma identyfikacji kulturowej ? i z tym się nie kłócę. Antropologicznie jest to  bardzo ciekawe. Ale nie potrafię zaakceptować faktu, że w tym konkretnym przypadku te kobiety traktowane są jak małpki w cyrku z którymi wszyscy chcą sobie zrobić zdjęcie. I nie miałbym też pretensji, gdyby tam były tylko dorosłe kobiety. W końcu każdy sam wybiera, jak chce zarabiać na życie. Ale wykorzystywanie w ten sposób kilkuletnich dzieci to już dla mnie za wiele. Więc z tego miejsca fotek nie będzie.

inle_swiatynieNa zakończenie dnia popłynęliśmy do Klasztoru Skaczących Kotów Nga Phe Kyaung. Słyszałem już różne historie na temat tego jak to się stało, że mieszkający tam mnisi tresują koty i zwierzęta na komendę skaczą przez obręcze. Dzisiaj zapewne najbardziej aktualna jest ta, że skaczące koty po prostu ściągają turystów, a razem z nimi datki…

Czekaliśmy na pokaz… ale nic się nie działo. Mnichów też nie było widać, jedynie dwa koty przechadzały się po pomoście i wyraźnie nie miały ochoty skakać. Więc po pewnym czasie po prostu odpuściliśmy.

Z Inle Lake spływaliśmy już o zachodzie słońca. Po drodze mijaliśmy kolejne skupiska stup, buddyjskich świątyń. Zobaczymy ich więcej następnego dnia, gdy będziemy zwiedzali okolice jeziora ? o tym już niedługo w drugiej części relacji z wizyty nad Inle Lake. Tam też przeczytacie o trudnym losie ludzi, którzy postanawiają się wyłamać. Dla mnie nie skończyło się to najlepiej :)

Tymczasem zapraszam do małej ptasiej galerii mew, które dokarmialiśmy płynąc łódką. Zobacz.

Komentarze:

komentarzy