KropkiNaMapie.pl


Michał Janczura 29 grudnia 2013 Aktualności Relacje

Największe winnice świata. Podziemne życie Mołdawii

Wyobraźcie sobie 250 kilometrów podziemnych tuneli po brzegi wypełnionych winem. Konkretnie ponad milion butelek. Można, a nawet trzeba tam wjechać samochodem, a ci co mają kierowcę mogą, a nawet powinni popróbować. Największe winnice świata są w Mołdawii.

Mołdawia - Milestii Mici

Mołdawia – Milestii Mici / Myrabella CC BY-SA Wikimedia

Nie ma się co oszukiwać: Mołdawia to nie jest jeszcze (całe szczęście) Europa Zachodnia, ale winem może się chwalić. Nie będę oszukiwał, od początku zamierzałem spróbować, czym to pachnie :) Pierwsza mądrość płynąca z mojej podróży: mołdawskie wino w polskich sklepach (chodzi o markety i sklepy monopolowe) to nie jest mołdawskie wino, którego można spróbować na miejscu. Największe przechowalnie wina to Cricova i Milesti Mici. Ta pierwsza owiana jest legendami i ma wina podobno z całego świata, w drugiej składuje się tylko mołdawskie trunki i właśnie dlatego tam pojechałem.

No dobra, opowiem jedną z legend Cricovej. Od razu zaznaczmy, że wszystkie łączą się z alkoholowymi ekscesami. Podobno Jurii Gagarin odwiedził to miejsce po powrocie z kosmosu. Witany z należnymi kosmonaucie honorami znowu wszedł w stan nieważkości. Podobno próbował samodzielnie wyjechać z winnicy samochodem, ale mu się to nie udało i towarzysze musieli go wynieść… po dwóch dniach. Nie umarł z pragnienia, podobno w Cricovej jest kilkaset tysięcy butelek wina! Druga legenda mówi o tym, że 50 urodziny spędzał tu sam Władimir Putin, ale jak by kiedyś przyszło mi pojechać do Rosji, wolę jej nawet nie komentować.

 

Mołdawia jest mała, więc dojechanie gdziekolwiek nie stanowi żadnego problemu. Marszrutki, busiki i taksówki są wszędzie. Na centralnym dworcu autobusowym w Kiszyniowie z łatwością znajdziemy autobusiki do Milesti Mici. Tak przy okazji, musicie wiedzieć, że biletów nie kupujemy w kasie. Najczęściej płacimy u  kierowcy, ale w normalnych autobusach kursowych można jeszcze spotkać panią w fartuchu :) Stoi na schodach, a kieszeń z przodu fartucha robi za kasę fiskalną. Do rzeczy! Do Milesti Mici jedziemy jakieś pół godziny. Koszt? Złotówka!  Każdy pomoże, więc jeśli tylko mamy wątpliwości, pytamy. Stąd płynie druga mądrość: Mołdawianie to cudowni ludzie! Kierowca wysadził mnie w miejscu, w którym poczułem się trochę niepewnie. W koło nie było dosłownie nic. Potem wyłoniła się starsza pani i oczywiście pokazała mi gdzie iść.

Milesti Mici, mieszkanka wsi fot. Michał Janczura

Milesti Mici, mieszkanka wsi fot. Michał Janczura

Nie znacie rosyjskiego? Ja też nie. Ale zgodnie z zasadą „dla Polaka nie ma rzeczy niemożliwych”, musiałem sobie radzić. Dopiero na miejscu okazało się, że nikt nie odpisał na mojego maila, bo nikt go nie zrozumiał (pisałem prostą angielszczyzną). Jak na największą atrakcję turystyczną kraju, to trochę byłem zaskoczony. – Proszę pana, jak ktoś znał angielski, to już dawno stąd wyjechał – odpowiedział z niekłamaną przyjemnością Piter, miejscowy spec od PR :) Mimo to pokazał mi co trzeba, opowiedział co trzeba. Fajny gość. Dla ścisłości, okazuje się, że od czasu do czasu przyjeżdża tu przewodnik angielskojęzyczny, problem w tym, że aby go zamówić, trzeba mówić po rosyjsku.

 

Milesti Mici, przed winnicami, fot. Michał Janczura

Milesti Mici, przed winnicami, fot. Michał Janczura

Pierwszy błąd popełniłem na wstępie. Chodzi o to, że do Milesti Mici nie ma sensu jechać autobusem. Wjechać do winiarni można tylko samochodem i to…. własnym. Inaczej nie da się nic zwiedzić. Na miejscu nie ma aut, nie ma meleksów, nie ma busików, a skoro tak, to nie ma zwiedzania. Jak sobie wyobrazimy, że do pokonania jest 250 kilometrów tunelami to pieszo pewnie niewielu się wybierze. Pamiętać trzeba jeszcze jedno: jeśli chcemy przewodnika to trzeba mieć w aucie dla niego miejsce.

 

Milesti Mici, wjazd w podziemia fot. Michał Janczura

Milesti Mici, wjazd w podziemia fot. Michał Janczura

Wersja podstawowa, czyli zwiedzanie z przewodnikiem, kosztuje ok. 200 lei mołdawskich. Jeśli chcemy połączyć to z degustacją wina i potraw lokalnych, opłata rośnie, nawet do kilkuset dolarów. Warto zapytać, za co i ile dokładnie musimy zapłacić.

Wersja dla oszczędnych/ubogich turystów, z której ja skrzętnie skorzystałem, to sklepik w podziemiach. Można kupić wiele gatunków wina, zobaczyć beczki, w których się je robi i kupić pamiątkę. Przy okazji można zobaczyć księgę rekordów Guinessa z Milesti Mici, jako największym składem wina na świecie.

Milesti Mici, sklep w podziemiach winnic, fot. Michał Janczura

Milesti Mici, sklep w podziemiach winnic, fot. Michał Janczura

Ważne wskazówki. Po pierwsze legenda głosi, że z beczek przed budynkiem leje się wino: nic bardziej mylnego, nie pytajcie skąd wiem, że to woda z farbką. Po drugie wrócić do Kiszyniowa można jedną z ciężarówek, które wyjeżdżają z winiarni. Mówię Wam, ciekawe przeżycie :) Słynne składy wina zaczynają się dopiero kilka kilometrów w głąb tunelu od bramy wjazdowej, więc przechadzka pod tytułem „tylko sobie luknę” nie ma raczej sensu – znowu nie pytajcie, skąd wiem. Miłego oglądania! Jak  by nie patrzeć, to największa turystyczna atrakcja Mołdawii i aż za dobrze oddaje klimat tego kraju. Niezwykły klimat!

Milesti Mici, winoleje się z beczek pred budynkiem fot. Michał Janczura

Milesti Mici, winoleje się z beczek pred budynkiem fot. Michał Janczura

Ciekawostka: skąd się wzięły ogromne tunele, w których teraz zalega wino? Wbrew pozorom nikt tego nie zaplanował. Podczas budowania Kiszyniowa wybierano z ziemi ogromne ilości skały. Drążono tunele. Po latach okazało się, że wewnątrz panują idealne warunki do przechowywania wina produkowanego na masową skalę w okolicy. Wewnątrz jest około 12 stopni i odpowiednia wilgotność. Tak powstały ogromne winnice. Mniejszych są w Mołdawii setki.

 

Komentarze:

komentarzy