KropkiNaMapie.pl


. 17 sierpnia 2013 Aktualności Relacje Wasze teksty

Californication [GALERIA]

?Każdy już tam był i nie chodzi mi tu o wakacje? - tak twierdzą chłopaki z Red Hot Chili Peppers i pewnie maja racje - pisze Sebastian Kowalski prosto z USA.

Californication-2Niektórzy po gehennie kolejki po wizę, upokarzającej rozmowie z konsulem i ciasnocie klasy ekonomicznej. Inni w wygodnych fotelach kinowych czy z muzyką na uszach. Każdy z nas w mniejszy lub większy sposób skażany został przez ten popkulturowy wirus zwany „Californication”.

Nie inaczej jest ze mną. The Golden State – Zloty Stan to przede wszystkim stan umysłu. Każda podróż do Kalifornii to odkrywanie na nowo obrazów już gdzieś widzianych, filmowych klatek, fotografii czy piosenek. Za każdym zakrętem ta ekscytująca Terra Incognita zmienia się w znajome déj? vu.

Nocny lot do L.A. Nie mogę się oprzeć i nucę pod nosem „L.A. Woman” The Doors. Wypożyczony „compact car” rozrasta się do rozmiarów monstrualnego Forda Escape. No cóż, wszystko jest większe w Ameryce. A może po prostu to kolejna oznaka kilkuletniego już kryzysu. W końcu i tutaj ceny paliwa zmieniają ludzką mentalność. Prosty rachunek ekonomiczny sprawia że wszystkie mniejsze samochody już wypożyczono. Został tylko ten „potwór”. Dobrze, że choć czerwony. Prawie jak Mustang. To „prawie” będzie robić dużą różnicę. Głównie przy tankowaniu.

Californication-30Z pełnym bagażem popkulturowych odniesień ruszam w moje kolejne kino drogi. Tym razem celem są kalifornijskie pustynie a wyobraźnie napędzają zdjęcia, które Anton Corbijn dwadzieścia piec lat temu zrobił Bono i spółce z U2. Za podkład muzyczny posłuży oczywiście album „Joshua Tree”.

Pierwszy cel to Palm Springs - tutejsza pustynna stolica. To tu, swą „oazę” mają sławy Hollywood. Jedni wpadają na weekendowe szaleństwa, inni na alkoholowy odwyk. Betty Ford Center służy sławnym i bogatym tego świata już od wielu lat.

Już pierwsze minuty w mieście nie pozostawiają złudzeń, jestem w popkulturowym raju. Znam ją z Chicago. Teraz zimowe miesiące spędza w Kalifornii. Trudno jej się dziwić - w tak zwiewnej i wysoko zadartej sukience tylko tu można przetrzymać mrozy Centralnych Stanów. Siedmiometrowa Marilyn Monroe, rzeźba Seward Johnson, w jednej z najsłynniejszych poz w historii kina, nieustannie rozpala wyobraźnię.

Palm Springs pełne jest luksusowych hoteli, eleganckich butików i drogich restauracji. Miasto nie zawsze tak jednak wyglądało. Pod koniec XIX wieku tutejszą ziemię przyznano Indianom ze szczepu Cahuila. Dziś to najbogatsze plemię w całej Ameryce. Ich działki nierzadko warte są po kilka milionów dolarów. By uciec od zgiełku i doświadczyć tej oazy tak jak znali ja kiedyś Indianie, wystarczy przejechać 3 mile do pobliskiego Indian Canyons. 16 mil palmowego raju, skalnych wąwozów, kaktusów i grzechotników, to tylko przedsmak tego co czeka na mnie jutro.

Park Narodowy Joshua Tree to miejscami odmienna planeta. Rozrzucone po pustyni potężne głazy, dziwaczne drzewa i kaktusy toczące nieustanną walkę o życie z suszą i zasoloną glebą, tworzą niepowtarzalny krajobraz. Znak firmowy tej części Kalifornii to drzewo Jozuego – Joshua Tree. Jego spazmatycznie powykręcane gałęzie osadnicy mormońscy skojarzyli z wyciągniętymi ramionami Jozuego. Tak jak kiedyś on poprowadził lud wybrany do Ziemi Obiecanej, tak później drogowskazy drzew prowadziły śmiałków podczas kalifornijskiej gorączki złota. Po dziś dzień w parku natrafi tu można na opuszczone kopalnie.

Californication-6Wizualne walory parku do dawna inspirowały artystów. Krajobrazy Joshua Tree były tłem dla niejednego filmu z Hollywood. Dla mnie to jednak przede wszystkim album U2 „Joshua Tree”. Anton Corbijn fotografował zespół w Dolinie Śmierci, ale to tutejszej okolicy płyta zawdzięcza swą nazwę. To tu „ulice nie maja nazw”. Na moja fotograficzną sesje tutaj, czekałem ponad 20 lat. Było warto.

Południowo – Zachodnia Kalifornia to również pustynne miasteczka. I znów pomocą służą popkulturowe drogowskazy. Twentynine Palms to niezbyt ciekawe miasto. Pewnie nigdy bym tu nie dotarł, gdyby nie piosenka Roberta Planta – „29 Palms”.

Po kilku dniach na pustyni docieram wreszcie do Mekki. Próżno tu szukać wyznawców Islamu. Nie jestem w stanie znaleźć także kogoś kto mówi tu po angielsku. Do granicy z Meksykiem jeszcze dobre 150 kilometrów, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, ze to co USA zyskało w wyniku wojny z 1848 roku, teraz powoli wraca do poprzednich właścicieli.

Burrito na śniadanie i znów w drogę. Park Stanowy Pustyni Anza – borrego wygląda miejscami jak tolkienowski Mordor. Ziemia co rusz rozstępuje się by ukazać poszarpane kaniony, to znów zamienia w płaską jak stół pustynie. Nie ma tu nic prócz dwóch małych miasteczek i kojotów. Droga wije się po horyzont jak pustynny grzechotnik. „Easy Rider”-nie sposób uciec przed tym skojarzeniem. Czekam tylko kiedy Dennis Hopper zacznie wyprzedzać mnie na swym motocyklu.

Nagle pustynia zaludnia się stadem mustangów i polującymi na nie lwami. Kiedy widzę naturalnych rozmiarów mamuty, zaczynam podejrzewać ze to fatamorgana. Jednak nie jest to pustynny miraż. Kilkumetrowy orzeł i inne zwierzęta tego pustynnego „ZOO”, to owoc pracy miejscowego artysty. Potężne stalowe rzeźby choć na kilka chwil przerywają monotonie tej części krajobrazu.

Park Stanowy Cuyamaca Rancho to mila odmiana po dniach spędzonych na pustyni. Wokół robi się zielono, krajobraz przecina rzeka, a okolica szybko się zaludnia. Poludniowa Kalifornia to nie tylko jałowe pustynie, ale też winnice i sady palm daktylowych, wokół których wyrastają tymczasowe meksykańskie „miasteczka”. Życie w przyczepach kempingowych to dla wielu norma.

Wzorem XIX wiecznych osadników ruszam na zachód. Pulsujące życiem San Diego to jedno z bardziej przyjaznych miast Ameryki. Zanim zakończę przygodę z Kalifornią, chcę jeszcze raz spotkać moja popkulturową znajomą. Najlepsze miejsce na randkę z Marilyn Monroe to Hotel Del Coronado. Ten największy amerykański kurort XIX wieku powstał na pobliskiej wyspie Coronado. Dzis wyspa połączona z San Diego lukiem mostu, jest ulubionym miejscem wypoczynku dla tłumu turystów jak i tutejszych mieszkańców. To tu Bill Wilder nakręcił amerykańską komedię wszech czasów „Pół żartem, pół serio”. Przez lata kurort gościł koronowane głowy, prezydentów i inne sławy, ale i tak wszyscy przybywają tu dla MM.

Nie ma lepszego miejsca by podziwiać zachód słońca niż tu, na krawędzi kontynentu. Wraz z tonącym w Pacyfiku słońcem moje kolejne „Californication” powoli dobiega końca.

W uszach znów brzmi piosenka Red Hot Chili Peppers:

It’s the edge of the world

And all of Western civilization

The sun may rise in the east

At least it settles in a final location

THE END :)

Tekst i Zdjęcia: Sebastian Kowalski

Zobacz blog autora i inne galerie na stronie internetowej.

Komentarze:

komentarzy